ja wlasnie jak mialam 22, to po 5,5 roku zwiazku (w ktorym bylam przytlamszona, otoczona chora zazdroscia, czasem olewana na korzysc kolegow i alkoholu, do tego po 3 latach zaczelam sie naprawde dusic i czuc ze cos trace, ze zycie "na zewnatrz" jest fajniejsze) zostalam zdradzona i (hura hura i dzieki bogu) porzucona!!!
nie uwierzycie, ale ja bym mu przebaczyla i dalej tkwila w tym! mimo, ze mi bylo zle. nie wyobrazalam sobie po prostu nagle zostac sama.
doszlam do siebie po miesiacu, po poltora koles wrocil na kolanach blagajac o szanse, i tak probowal ze 2 lata, hehe, bez skutku.
po prostu zrozumialam jak mi bylo zle i jak mi cudownie samej.
i od tamtej pory, zawsze jak mi cos nie pasuje i nie da sie zmienic, to sie nie upieram tylko odchodze, albo robie sie wredna i gosc ma dosc.
aaa, a z tamtym chlopakiem ciagle sie od czasu do czasu spotykam przy roznych okazjach. znam jego zone. ona jest o mnie zazdrosna niestety, absolutnie bezpodstawnie bo typ jest dla mnie asexualny, nieciekawy psychicznie, taki duszacy maruda. a ja jestem szczesliwa ze nie jestem nia! i to jak!
wiec Michi, mowie Ci, odstaw łachudre na boczny tor a sama do przodu!









