muflon2121 pisze:
jadę na następne przeceny

czaję się w styczniu

Ja się nie mogę tu przyzwyczaić. Chcę tam z powrotem !
A ja to jakiś popapraniec jestem - chciałam do domu. Zawsze tak mam. Wyjeżdżam podniecona i góra po dwóch tygodniach już mnie wszystko mierzi. Dublin mi się podobał przez pierwsze dni, ale ile można się gapić na ludzi. Zresztą tam wszyscy jacyś jednakowi, bezbarwni. Sklepy też takie jak u nas, żadnych targów staroci, bazarów, biżuterii... Ale ja miałam za przewodnika faceta i on mnie zaprowadził do sklepu... z instrumentami muzycznymi, ogromnego, z tysiącem gitar i i innych instrumentów. Na miejscu można pograć na czym się chce, ja wybrałam jakieś afrykańskie bębny. dobrze mi szło. Pokazał mi też wszystko co było warte obejrzenia, tylko w góry nie dałam się zawieźć /może następnym razem?/, bo jeżdżenie lewą stroną krętymi drogami, kiedy kierowca jeszcze niewprawny, to za dużo jak na moje nerwy. Nawet w mieście cały czas miałam śmierć w oczach, wydawało mi się, że za chwilę ktoś na nas wjedzie i na rondzie oczywiście wpadłam w panikę, kiedy pojechaliśmy w lewo a nie w prawo. Samo miasto z niską zabudową, ładne przedmieścia, z szeregowymi domkami, często z czerwonej cegły. Podobało mi się, że się nie odgradzają - są symboliczne murki albo namiastka ogrodzenia z żywopłotu. Od morza widać pojedyncze rezydencje, ale w sumie domy raczej skromne, nieco nawet zaniedbane, nie na pokaz, jak u nas. Jakieś kolorowe kwiatki sobie rosną, ale wyglądają tak jakby nikt się nimi nie zajmował . Nad morzem przy domach jest trochę palm, moze nawet ładniejszych niż w niektórych krajach południowych, bo niewyschniętych. Morze zimne, wlazłam. Widziałam kąpiące się dzieci. Ale oni wszyscy mają jakieś inne receptory na ciepło/zimno i kiedy ja siedziałam w swetrze i kurtce, panienki łaziły w sukienkach na ramiączkach, z gołymi nogami. Małe dzieci w wózkach też prawie gołe.
W całym mieście widziałam tylko parę ławeczek /w parkach są/, z lastryka czy czegoś podobnego. Nie da się usiedzieć nawet na czas wypalenia papierosa. Przysiąść można tylko w ogródkach przy knajpach. Knajpy mają swój urok- wszystko stare, trochę brudnawe i ciemne. Wejścia często obmalowane czerwoną farbą olejną. Menu niezbyt zachęcające i niesmaczne, ale tak za dużo to tam nie jadałam, więc moze nie miałam szczęścia. Nie widziałam nawet jednej osoby z laptopem. Tam w ogóle nie czuje się wielkiego świata. Polacy są niezbyt widoczni, ale jest dużo polskich sklepów. Jak nam się nie chciało gotować, to jadaliśmy w polskiej restauracji, gdzie mówiło się oczywiscie po polsku. Po angielsku nie trzeba było dużo gadać i Bogu dzięki, bo mam opory. Już sobie nawet postanowiłam, że zapiszę się na jakiś kurs /moze konwersacji?/, ale Muflon mi tu pisze, ze Jej się nie bardzo przydał, więc już nie wiem, może lepsze jakieś indywidualne lekcje?
Aaa, nie miałam niestety takiego dreszczyku przy zakupach, bo w sklepach czułam się tak jak w Polsce. Nie miał mnie kto zaprowadzić w jakieś szczególne miejsca. Kupiłam w ostatni dzień czerwoną tunikę/sukienkę i sweterek/bolerko w Zarze i torebkę - porządną, ale dość nudną, zdaje się że angielską
Ullrike Ty to sobie kup po prostu rozmówki, ale takie niezbyt rozbudowane, bo mozna się pogubić . Ja tak sobie radziłam kiedyś w Hiszpanii na prowincji, gdzie nikt nie znał angielskiego. Nawet się nie wysilałam, żeby mówić "po hiszpańsku" tylko np. na dworcu, w sklepie pokazywałam tekst i jakoś szło. No, ale na lotnisku, to nie wiem czy się tak da, chociaż w sumie najważniejszy jest numer bramki, a on jest na bilecie.