Post
autor: rysiabe » 22 cze 2009, 10:57
Tak jest Sabrina. Myślę podobnie, od tamtej historii stałam sie nieufna. Ale stałam się również dużo gorszym człowiekiem.
Co było dalej?
Skończyłam na jego ataku kamieni nerkowych i skomentowałam złosliwie, ze to była kara boska.
Dla mnie (a pewno również w pewnym sensie i dla niego) było to jednak wybawienie.Zmusiło mnie do mówienia.Musiałam się nim zająć (bo kto?). Pogotowie szpital, odwiedzałam go tam jak każda dobra żona,po badaniach i bezskutecznych próbach ruszenia płynami tego kamienia zapadła decyzja "na stół", bo już było wodonercze. Ale jeszcze jedna konsultacja i zaproponowano rozbijanie falami elektromagnetycznym. Udało się bez komplikacji. Rehabilitacja, powrót do normalnego życia.
Zaczęliśmy normalnie rozmawiać, sprawy domowe, dziecko, szkoła , takie sprawy.Starał sie jak najmniej wyjeżdżać w delegacje, co tylko się dało to załatwiał telefonicznie, listownie. A jeśli już musiał jechać to starał się wszystko załatwić jednego dnia. Nawet z najdalszych miejsc wolał tłuc się nocnym pociągiem niz brać hotel. Gdy nie załatwił sprawy do końca wolał pojechac następnego dnia lub za dwa dni niż nocować. I nigdy więcej nie nawiązywał już z nikim nowopoznanym takich zażyłych przyjaźni (przynajmniej ja nic o tym nie wiem).Tak jakby mi chciał pokazać, że nie ma żadnych okazji i możliwości do jakichś niecnych postępków.Ale nie interesowało mnie co u niego w pracy, a jego pytania co u mnie zbywałam krótkim "OK".I tak biegło życie, przyziemne codzienne sprawy. Sypialnie pozostały oddzielne.
O historii z "m" i "E" zapomniałam na amen. Nie wiem jak to się stało ale amnezja totalna, tak jakby ta historia nigdy się nie zdarzyła.Nigdy więcej o tym nie rozmawialiśmy.
Natomiast pozostało mi odczucie, że ten człowiek to jest ktoś przed kim muszę się pilnować, nie mogę być z nim szczera, bo w każdej chwili może mi wbić nóż w plecy. Takie dziwne uczucie, "uważaj!". I drażliwość.Każdy powód był dobry do awantury. Boże jak ja mu wtedy dawałam popalić! Jakoś tak cały czas czułam ,że muszę go ukarać (tylko nie mogłam sobie przypomnieć za co), bo on mi zrobił jakąś krzywdę (tylko nie pamiętałam jaką).Zrobiłam mu piekło z życia.A on to cierpliwie znosił, w milczeniu. Nigdy nie odwarknął, spuszczał głowę i milczał, co mnie jeszcze bardziej wkurzało.
Starałam się,oczywiście, by dziecko tego nie słyszało.
Ale dzieci są dobrymi obserwatorami. Pytałyście mnie o dziecko. Jak ono to zniosło. Ano źle. Zostałam z nim, bo on przywalił mnie koronnym argumentem; "my się tu szarpiemy, a zobacz co sie z nią dzieje, zobacz!". Wkurzył mnie wtedy i zapytałam "a czyja to wina?", spuścił głowę bez słów. A ja zostałam z nim, bo dziecko o to poprosiło. Pisałam Wam już o tym.
A było tak źle, że przestaliśmy myśleć o sobie i zajęliśmy się ratowaniem dziecka.