Ja pamiętam jak na obozie mówiłysmy z kumpelą trenerkowi, że jedziemy rozstepować koniki, a tak naprawdę to w dziki galop po lesie i pobliskich wsiach, to było szaleństwo....i to bez toczków....ech...z chęcią bym to powórzyła.
Mało skakałam, bo miałam ociężałego konia, co sie ciągle wyłamywał przed pszeszkoda, albo zwalniał...hehe
Z reszta długi czas miałam uraz do koni, bo jak spadałam w galopie trzy razy jednego dnia, bo koń mi się płoszył w lesie (dzieci zbierające jagudki, bądz traktot

) to później troszkę się bałam, ale teraz to tylko o tym marze, by w galop po kesie.... :D